12 marca 2015

Szampon idealny?


Jak już wcześniej wspominałam ostatnio nie szaleję z kosmetykami. Mam trzy produkty, których używam jeżeli chodzi o pielęgnację włosów i jestem z ich działania bardzo zadowolona. O odżywce, której obecnie używam pisałam o tutaj (klik). Teraz nadszedł czas na opisanie szamponu aloesowego, na którego polowałam dość długi czas. W końcu mi się udało i trafiłam na niego w miejscowej zielarni. Chodzi o szampon firmy equilibra. Teraz, jako jego szczęśliwa posiadaczka mogę w końcu napisać co o nim myślę, jak się u mnie sprawdza i czy moim zdaniem rzeczywiście jest tak dobry, jak piszą o nim dziewczyny na wizażu czy innych blogach.

Szczerze mówiąc sama nie wiem od czego powinnam zacząć. Bardzo mi się w nim podoba jego żelowa konsystencja i dość dobre pienienie się, dzięki temu starcza na naprawdę długi czas. Kupowałam szampon razem z odżywką jakoś w grudniu i nic nie wskazuje na to, aby miał się w tym miesiącu skończyć. Myję włosy średnio co dwa-trzy dni, więc naprawdę ma bardzo duży plus za swoją wydajność. Drugą sprawą jest fakt, że jest to nieco delikatniejszy szampon, nie zawiera SLS ani SLES, owszem ma w sobie składnik z grupy siarczanów, jednak nieco delikatniejszy, mianowicie ALS. Oczywiście nie jest powiedziane, że ten składnik nie będzie nikogo podrażniał czy uczulał

Jeżeli chodzi o efekty po użyciu tego właśnie szamponu no to przede wszystkim to, że włosy są dokładnie oczyszczone. Nawet po olejowaniu wystarczy tylko jedno mycie, a po oleju nie ma śladu! W dodatku zdarzyło mi się w pośpiechu dwa czy trzy razy umyć włoski tylko szamponem, bez żadnej odżywki czy maski. Co wtedy zauważyłam? Włosy w ogóle nie były spuszone, co zazwyczaj się zdarzało, oraz pojawił się połysk. Szczerze? Niczego więcej nie oczekuję od szamponu. Dla mnie najważniejsze jest to, aby oczyszczał dokładnie włosy i skórę głowy bez podrażniania czy uczulania, a ten szampon taki właśnie jest. Szampon idealny? Myślę, że zasługuje na te miano. 

6 marca 2015

Ulubieńcy lutego

Ulubieńców jeszcze u mnie nie było, jednak kierując się swoim własnym gustem co do postów, jakie lubię czytać i oglądać na innych blogach stwierdziłam, że warto się zastanowić, czy aby miesięczni ulubieńcy nie powinni znaleźć się i u mnie. Sama bardzo lubię tego typu posty. Szczególnie dlatego, że wśród wielu postów z recenzjami to właśnie w tym jednym znajduję wszystkie te kosmetyki, z których autor jest najbardziej zadowolony i zazwyczaj to właśnie te chcę w pierwszej kolejności wypróbować na sobie.

| PLANETA ORGANICA ORGANICZNY OLEJ Z DRZEWA NEEM "NAWILŻENIE SUCHEJ SKÓRY" |

Moim zdaniem jest to po prostu kosmetyk idealny. Jak to olej, można go wykorzystać na naprawdę wiele sposobów. Do pielęgnacji ciała, twarzy i włosów. Zapach ma po prostu obłędny, jest to prawdziwy, naturalny zapach nasion kakaowca! Mogłabym siedzieć z buteleczką przy nosie i nie robić nic innego, tak cudownie pachnie! Jest naprawdę bardzo, ale to bardzo wydajny. Czasami mam wrażenie, że nigdy mi się nie skończy. Dodatkowo świetnie radzi sobie z wągrami i innymi niedoskonałościami na twarzy no i jeszcze łagodzi zaczerwienienia. Po prostu cudo!

| YVES ROCHER WODA UŁATWIAJĄCA ROZCZESYWANIE WŁOSÓW Z WYCIĄGIEM Z KWIATÓW LIPY |

Jest to kolejny kosmetyk, który zachwyca mnie swoim zapachem. Jest bardzo ładny, delikatny i przede wszystkim naturalny. Nie czuć w nim w ogóle chemii, a ja to sobie bardzo cenię, bo po prostu nie lubię chemicznych zapachów. Jak sama nazwa wskazuje jest to woda ułatwiająca rozczesywanie włosów i naprawdę świetnie działa! Przekonałam się o tym w momencie, kiedy użyłam jej po umyciu włosów samym szamponem, bez późniejszego nakładania odżywki. Sunęłam szczotką bez problemu po włosach. 
| EQUILIBRA SZAMPON ALOESOWY 20% |

Znalazłam w końcu swój szampon idealny. Ja wiem, że to może się wydawać dziwne bo często słyszę opinie, że w szamponie najważniejsze jest to, aby po prostu mył włosy. Oczywiście dla mnie też to jest najważniejszą cechą szamponu, w końcu taki który nie domywa włosów jest po prostu bezużyteczny. Jednak fajnie jest kiedy szampon dobrze oczyszcza, a przy tym nie wysusza włosów. Jasne, nie wymagam od szamponu super nawilżenia, jednak chciałabym aby nie podrażniał mojej skóry głowy, ani nie powodował puchu na długości włosów. Ten szampon taki właśnie jest.

| L'BIOTICA BIOVAX ODŻYWKA PIELĘGNACYJNA BB (BEAUTY BENEFIT) KERATYNA + JEDWAB |

Więcej o tej odżywce możecie przeczytać w recenzji (klik), gdzie piszę dokładnie wszystkie jej zalety. Naprawdę ją polecam wszystkim dziewczyną, które tak jak ja mają problem z suchością swoich włosów i ciągłym ich napuszeniem. Ta odżywka naprawdę pomaga zdyscyplinować niesforne pasma, nad którymi zazwyczaj nie da się zapanować.

A jakie są Wasze hity lutego?

1 marca 2015

Muszę przyznać, że ostatnio wymyślanie tytułów to dla mnie po prostu katorga. No nie idzie mi to w ogóle. Dlaczego? Nie mam zielonego ani fioletowego pojęcia, błagam jedynie o wybaczenie. Zdają sobie sprawę z tego, że są tacy którzy w ogóle na tytuły nie zwracają uwagi i tacy, którzy właśnie dzięki tytułowi w ogóle czytają posty. Coś mi się zdaje, że właśnie przez tę drugą część społeczeństwa tak średnio mi idzie z tymi tytułami. W końcu chcę przyciągnąć do siebie czytelników. Pisać lubię, ale nie oszukujmy się. Pisanie do samego siebie nie jest aż tak przyjemne jak pisanie do kogoś - do Was - do moich czytelników. Na razie pracuję nad zdjęciami, koniecznie dajcie znać jak Wam się one podobają, widzicie różnicę? Bo jak ja tak patrzę, to wydaje mi się, że te z dzisiejszego wpisu są o niebo lepsze od tych z poprzednich. Wszelkie słowa krytyki oraz rady co do zmian (wiem, muszę jeszcze trochę popracować nad kompozycją) z chęcią przeczytam i spróbuję zastosować. Ale OK. Skończmy już o sprawach technicznych i przejdźmy do sedna. Dziś będzie o odżywce do włosów, którą już pokazywałam w aktualizacji włosowej. 


Myślę, że jeżeli chodzi o firmę to nie muszę jej nikomu przedstawiać. Wydaje mi się, że o produktach L'biotica biovax słyszałyście lub czytałyście nie jeden raz. Ja miałam kontakt z produktami tej firmy już wcześniej, jednak muszę przyznać, że nie byłam z nich zadowolona. Miałam maskę do włosów blond oraz tę do ciemnych. Niestety żadna z nich nie sprawdziła się u mnie wystarczająco dobrze, abym sięgnęła po którąś ponownie. Kiedy starsza pani w zielarni polecała mi tę właśnie odżywkę chciałam od razu jej przerwać i poprosić o coś z innej firmy. Jakoś tak wyszło, że wysłucham babeczki do końca no i wyszłam z odżywką w torebce. 

Pierwsze wrażenie? Zacznę od tego, że ta odżywka to "7w1" i w dodatku działa już w 60 sekund! Znacie chyba moją opinię o produktach Xw1? No właśnie, a mimo wszystko się skusiłam. Ja nie wiem co te panie z zielarni ze mną robią, ale przejdźmy do sedna sprawy. Pierw nałożyłam ją jedynie na długość włosów i trzymałam około pięciu minut (zawsze trzymam wszystko na głowie dłużej niż zaleca producent). Przyznać muszę, że po wyschnięciu włosów byłam naprawdę mile zaskoczona. To co napisał producent na opakowaniu pokryło się mniej więcej w 60% z rzeczywistością, mianowicie: włosy rzeczywiście były wygładzone na całej długości, jaka została pokryta odżywką, rozczesywanie naprawdę było łatwiejsze no i włosy mniej się elektryzowały. Ciężko mi stwierdzić jak to jest z tą podatnością na układanie, bo moje włosy zawsze były podatne.

Po dłuższym stosowaniu na włosach rzeczywiście można zauważyć efekty nawilżania. Moje włosy zrobił się miękkie i przyjemne w dotyku. Takie mięsiste, myślę że to dobre określenie. W dodatku po regularnym używaniu odżywki zauważyłam mocniejszy połysk włosów, a to już coś bo ostatnio moje włosy były bardzo, ale to bardzo matowe. 


Próbowałam też jej efektów od nasady włosów i w tempie ekspresowym sześćdziesięciu sekundowym i byłam naprawdę zaskoczona. Fajnie dociąża, ale nie obciąża włosy no i to co najlepsze: krótki czas trzymania również daje pożądane efekty. Ja co prawda zazwyczaj włosy myję wieczorem i nigdzie mi się nie spieszy więc kosmetyki mogę potrzymać na włosach nieco dłużej, jednak myślę, że to świetna sprawa dla wszystkich tych dziewczyn, które włosy myją rano. 

Jeżeli chodzi o zapach to jest on nieco chemiczny, ale bardzo delikatny i dość przyjemny. Lekko wyczuwalny następnego dnia. Konsystencja jest standardowa dla tego typu kosmetyków, ani za gęsta ani za rzadka. Jak dla mnie idealna. Opakowanie możecie podziwiać na zdjęciach. Generalnie to ja kocham wszystkie kosmetyki w słoiczkach jednak takie opakowanie jest nie najgorsze, ponieważ z łatwością można je przeciąć i zużyć produkt w stu procentach. Za 200 ml produktu zapłacimy około 15-20zł (wszystko zależy od miejscowości i sklepu w jakim kupujemy) i wystarczy nam on na około dwa miesiące. Czy odżywka jest warta swojej ceny? Zdecydowanie. I jestem pewna, że kupię ją ponownie. 

Używałyście, byłyście zadowolone? A może polecacie jakieś inne odżywki, które działają podobnie?

23 lutego 2015

Znasz swój typ urody?

Nie jeden raz zdarzyło mi się stanąć przed lustrem i stwierdzić, że wyglądam dziś nadzwyczaj dobrze, nie robiąc przy tym nic szczególnego, ba! Czasami nawet nie robiąc nic, poza porannym ogarnięciem się i ubraniem. Niestety również zdarzało mi się, że zerkając w lustro byłam przerażona moim wyglądem, odcieniem skóry, mocno widocznymi cieniami pod oczami, czy zaczerwienieniami na twarzy. Nie wspominając już o tym, że od razu skóra wyglądała na szarą i zmęczoną, chociaż moje samopoczucie było dobre (no, do momentu spojrzenia w lustro).
A teraz przyznać się, która z Was przeżywa podobne sytuacje? W takim razie mam dobrą nowinę! Rozwiązanie tego problemu na szczęście nie jest tak bardzo trudne do zrealizowania. Dodatkowo nie wymaga nie wiadomo jak drogich zabiegów czy używania specjalistycznych, drogich kosmetyków, na które nie wszyscy mogą sobie pozwolić. Przejdźmy do rzeczy, zatem co takiego jest nam potrzebne, aby czuć się dobrze i wyglądać dobrze? Świadomość naszego typu urody. Mogę się założyć, że nie jeden raz słyszałyście o typach urody, jednak nie wszystkie pewnie byłyście tym wystarczająco zainteresowane. Moim zdaniem warto zatrzymać się przy tym temacie na nieco dłużej i dokładnie przeanalizować sobie poszczególne typy, oczywiście w odniesieniu do nas samych. Ja sama słyszałam kilka razy o typach urody w nawiązaniu do pór roku, jednak zawsze na siłę chciałam być inną porą roku niż jestem, przez co tak naprawdę tylko sobie szkodziłam. 
Uwierzyłam w zbawienną moc odpowiednio dobranych kolorów.
Będąc w zeszłym roku z koleżankami z technikum na targach edukacyjnych trafiłyśmy na stanowisko jednej z wyższych szkół kosmetologicznych. Usiadłam na fotelu, zmyto mi makijaż i pani prowadząca prezentację zaczęła tłumaczyć o częstych błędach, o braku wiedzy i tak dalej. Przykładała mi również do twarzy palety barw odpowiednio nazwane porami roku. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że jestem panią lato i mam zimny typ urody.  Koleżanki, które wszystko obserwowały jako widownia potwierdziły słowa kobiety, tłumacząc jak momentalnie zmieniała się twarz przy zastosowaniu konkretnej palety. Od tamtej pory zaczęłam szukać więcej informacji na ten temat w internecie, czasopismach i książkach. I muszę powiedzieć, że byłam mile zaskoczona bo chyba pierwszy raz informacje się pokrywały (naprawdę - szok, zazwyczaj zdanie internautów i specjalistów to dwa różne światy!) ze sobą. No i przede wszystkim, zastosowane w rzeczywistości przynosiły odpowiednie efekty.
Ogólna charakterystyka typów urody: wiosna, lato, jesień, zima.
Dzisiaj nie będę się szczegółowo rozpisywała, jednak podam krótką charakterystykę każdej z pór roku. W kolejnych postach, będę robiła to dokładnie i szczegółowo. Poświęcając jeden post, na jeden typ. Tak więc przejdźmy do rzeczy.
Pani wiosna: jej skóra jest jasna, może być lekko zaróżowiona, jednak w ciepłych odcieniach delikatnej, złotawej brzoskwini. Jeżeli występują piegi to również w ciepłej tonacji. Łatwość w opalaniu na ciepłe, ciemne brązy. Oczy od niebieskiego po zieleń, zdarza się wyraźna obwódka oddzielająca źrenicę od tęczówki w kolorze złotobrązowym. Włosy zazwyczaj w kolorze blond, jednak w ciepłych, złoto-rudawych odcieniach.
Pani lato: podobnie jak u wiosny, skóra jest jasna, o różowym odcieniu, lub jasna o oliwkowym, chłodnym odcieniu. Jeżeli występują piegi to mają one chłodną, szarawą barwę. Oczy mogą być niebieskie, szare lub brązowe w zimnych, popielatych odcieniach. Włosy w dzieciństwie mogły być blond, jednak z wiekiem ściemniały. Zawsze mają popielaty połysk, często nazywane "mysim".
Pani jesień: skóra jest jasna w ciepłych tonacjach kości słoniowej lub złoto brzoskwiniowej. Występują tendencje do różnych znamion i piegów, które są w kolorze rudawym, złotawym. Opalanie może sprawiać duży problem, mianowicie zaczerwienienia. Twoje oczy mają intensywny zielony lub brązowy kolor, jeżeli są w odcieniach niebieskiego to występują również ciepłe, złotawe plamki. Twoje włosy zawsze mają ciepłe, rudawe refleksy a ich kolorem może być blond, brąz oraz rudość!
Pani zima: jej skóra jest jasna, porcelanowa, może sprawiać wrażenie transparentnej. Ciężko o widoczne naczynka czy różowe rumieńce. Twoja tęczówka ma mocny, ale czysty kolor: brązu, zieleni, błękitu lub po prostu intensywne niebieskie gałka oczna jest czysto biała, przez co kolor tęczówek wydaje się być tak mocny i intensywny. Wszystko jednak zachowane jest w chłodnych barwach. To samo tyczy się włosów. Kolor włosów pomimo blondu w dzieciństwie, teraz jest ciemnobrązowy, kruczoczarny z granatowym lub popielatym połyskiem.
Jaką porą roku jesteś Ty? :)

PS. Podobał Ci się post? Podziel się nim ze znajomymi klikając na poniższą ikonkę facebooka! :)

12 lutego 2015

Włosowa aktualizacja #1

Dawno nie było nic o włosach, jednak muszę się przyznać że poszły w odstawkę na jakiś czas. Wszystko to przez zmiany jakie zaszły w moim życiu, mój codzienny tryb życia zmienił się dość mocno i szczerze przyznam, że wciąż uczę się wszystko ze sobą pogodzić. Jednak na tym etapie, na którym obecnie się znajduję jestem w stanie dołączyć ponownie wszystkie pielęgnacyjne rytuały związane z moimi włosami, na które wcześniej niestety nie miałam czasu.
Wczoraj udało mi się dotrzeć do fryzjera i muszę powiedzieć, że w końcu znalazłam tego idealnego! W Studio fryzur Dorota prowadzonym przez Dorotę Tomsię byłam już po raz drugi, jednak pierwszy raz na farbowaniu i muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona z podejścia Pani Doroty do klienta oraz jej uczennic. Bardzo sympatyczne dziewczyny. Co mi się bardzo podobało - uczennice nie są zostawione same sobie, szefowa cały czas nad nimi czuwa (zdarzyło mi się być w takich salonach, gdzie tak nie było przez co zawsze się obawiałam trafić pod nożyczki takiej dziewczyny). To co jeszcze mi się spodobało to pomoc w dobraniu koloru. Właścicielka bierze pod uwagę karnację oraz kolor oczu doradzając odpowiednio ciepłą lub chłodną tonację farb. Jednym słowem jeżeli jesteście ze Swarzędza lub okolic, nawet jeżeli jesteście z Poznania warto dojechać te kilka km do Swarzędza i udać się do naprawdę świetnego fryzjera. Polecam całym sercem. I z góry uprzedzam - nie jest to post sponsorowany. Wiem jak ciężko jest znaleźć salon fryzjerski, z którego wyjdzie się w 100% zadowolonym, dlatego też chcę Wam polecić salon fryzjerski Pani Doroty Tomsi ponieważ naprawdę będziecie zadowolone! :)

Pozostając dalej w temacie włosów, chciałabym napisać kilka słów na temat mojej obecnej pielęgnacji oraz o produktach, jakich używałam w ostatnim czasie. Jak pisałam na samym początku posta nie miałam za dużo czasu na jakieś wyszukane zabiegi dlatego też ograniczyłam się do jednego szamponu, jednej odżywki oraz jednej maski. Szok, nie tylko dla mnie samej ale również dla wszystkich bliskich mi osób. Takiego minimalizmu w mojej włosowej pielęgnacji nie było naprawdę dawno, jednak co najważniejsze z wszystkich trzech produktów jestem bardzo zadowolona i już wkrótce możecie spodziewać się szerszych recenzji tych właśnie kosmetyków.
1. Odżywka pielęgnująca BB Biovax keratyna + jedwab - ponoć działa w 60 sekund, jednak ja i tak lubię ją przytrzymać na włosach nieco dłużej niż zaleca producent. Wówczas moje włosy są dużo przyjemniejsze w dotyku, zdecydowanie bardziej miękkie i gładkie.
2. Szampon Aloe quilibra - myślę, że nie jedna z Was już słyszała o tym szamponie. Ja czytałam o nim wiele pozytywnych opinii i rozpaczałam ponieważ nigdzie go nie mogłam znaleźć. W końcu udało mi się i jestem po prostu zachwycona!
3. Henna WAX pilomax - miałam ją już wcześniej i byłam zadowolona, teraz po dłuższym czasie, kiedy moje włosy straciły na kondycji postanowiłam do niej powrócić i nie żałuję.

Kiedy sięgnęłam po te kosmetyki stan moich włosów delikatnie się poprawił, myślę że przy dłuższym stosowaniu na pewno efekty będą lepsze. Do powyższego zestawienia mam zamiar dołożyć raz lub dwa razy w tygodniu domową maskę z olejkiem rycynowym i żółtkiem.



Musicie mi wybaczyć jakość powyższego zdjęcia, było ono robione wbudowaną kamerką w laptopie, jednak był to czas kiedy nie miałam możliwości zrobienia lepszych zdjęć(zagubiona ładowarka baterii aparatu). Jednak jest to jedyne zdjęcie na którym widać dobrze moje włosy. Jak widać na załączonym obrazku moje włosy nie były w najlepszym stanie, w szczególności postrzępione końcówki no i ich ogólne wysuszenie.
Na zdjęciu tego aż tak nie widać przez marną jakość, jednak włosy bardzo mocno się elektryzowały i puszyły, w ogóle nie chciały się układać. Każdy z nich żył swoim życiem. Chociaż powyższe zdjęcie jest zrobione w ich dobrym dniu. W typowym bad hair day, prezentowały się tak:


Wiem, tragedia. Jedna, wielka T R A G E D I A. Na szczęście teraz już mogę powrócić do wszystkiego co dobre dla moich włosów. Tak więc macie podgląd na to jak wcześniej wyglądały moje włosy. Teraz, na sam koniec możecie zobaczyć jak wyglądają na chwilę obecną, oraz efekt farbowania w salonie fryzjerskim Pani Dorotki! :)
Jeszcze w gratisie zdjęcie przodu, w jaki ładny sposób układa się grzyweczka. Wcześniej bardzo mocno odbijała się od nasady tak dość specyficznie do tyłu, przez co wyglądała po prostu tragicznie. Tak więc ja ze zmiany koloru oraz cięcia jestem naprawdę bardzo, ale to bardzo zadowolona. A Wam jak się podoba zmiana? :)
Uff, dawno nie było takiego długiego postu. Zapraszam Was jeszcze na mój fanpage, o tutaj agierra. Buziaczki misie!

PS. Wybaczcie mi moje głupkowate miny, ale ja nie umiem zrobić sobie normalnego zdjęcia ;)

30 stycznia 2015

Eucerin płyn micelarny 3w1

Dla zachowania jakiejkolwiek równowagi w postach, dzisiaj przyszedł czas na krótką recenzję kosmetyczną. Słyszałyście o oczyszczającym płynie marki Eucerin? Mnie kilkakrotnie obiło się coś o uszy, jednak szczerze mówiąc nie miałam jakiejś szczególnej ochoty na jego wypróbowanie. Los jednak chciał, że jeden egzemplarz trafił w moje ręce dzięki mamie K. 

Jak krótko pisze producent na przodzie opakowania, oczyszczający płyn micelarny 3w1 dokładnie oczyszcza, usuwa makijaż, tonizuje oraz nawilża skórę i pozwala skórze swobodnie oddychać. Osobiście jestem zdania, że produkty które są do wszystkiego w zasadzie są do niczego i w większości przypadkach to się naprawdę sprawdza. W tym również.

Muszę przyznać, że z usuwaniem makijażu to on sobie kompletnie nie radzi, jednak nie przeszkadza mi to, ponieważ nie używam go do tego celu. Używam go codziennie rano i wieczorem jako toniku i tutaj nie mam żadnych ale. Napomknę tylko, że jest to dopiero mój drugi płyn micelarny. Wcześniej miałam ten z biedronki i byłam niezadowolona. Strasznie mnie podrażniał, powodował zaczerwienienia no i po dwóch próbach demakijażu oczu tym specyfikiem zrobiłam sobie przerwę od takich wynalazków na dłuższy czas. Bałam się, że moje oczy nie przetrwają kolejnego spotkania z jakimkolwiek płynem micelarnym. Przy używaniu płynu z eucerin nic takiego nie miało miejsca. Zero podrażnień, czerwieni i szczypiących oczu (chociaż nie używam go do demakijażu bo sobie nie radzi jak już wcześniej wspominałam). Jak reaguje na niego moja skóra? Dość pozytywnie. Po jego użyciu nie jest napięta, jednak czuć lekkie oczyszczenie - bardzo lubię te uczucie. Z tym nawilżeniem to bywa różnie, ale zauważyłam, że dużo zależy od tego, jaką aktualnie mam dietę. Kiedy jem więcej śmieciowego jedzenia to zdecydowanie gorzej sobie radzi, ale wtedy też poziom wysuszenia mojej skóry jest naprawdę mocny. Kiedy jem zdrowiej przez dłuższy czas wtedy płyn wypada naprawdę w porządku. I w zasadzie to byłoby wszystko co mam do powiedzenia na jego temat. Nie zachwycił mnie jakoś specjalnie i do ulubieńców nie trafi, jednak nie zrobił mi krzywdy a to się liczy. Sama pewnie bym go nie kupiła, bo kosztuje w okolicach 40zł za 200ml, chociaż słyszałam, że na promocjach można go znaleźć czasami nawet za 15zł! :)

Czy sięgnę po niego ponownie? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, teraz używam płynu z La Roche Posay, który dostałam od siostry. Zobaczymy co z tego wyjdzie :)

PS. Przepraszam za zdjęcie pustej buteleczki, jednak zagubiłam ładowarkę od aparatu i nie mogłam zrobić wcześniej zdjęć - dlatego też jest te opóźnienie z publikacją. Na szczęście wszystko już mam! :)

15 stycznia 2015

Ślubne inspiracje #1

Do ślubu zostało już dziewiętnaście miesięcy, a jeszcze niedawno na pytanie "kiedy ślub" odpowiadałam z lekkim machnięciem ręki "ponad dwa lata". Czas przygotowań uważam oficjalnie za rozpoczęty. Co prawda nie mam zamiaru jeszcze biegać jak szalona przyszła panna młoda w pogoni za wszystkim tym, co będzie mi potrzebne. Daję sobie na to jeszcze odrobinę czasu. Jednak czas najwyższy rozpocząć chomikowanie wszelkich inspiracji. Jak możecie się domyślić, będę je chomikowała właśnie na blogu. W takich oto niewinnych postach.

Od wtorku wieczora siedzę przy laptopie i przeglądam najróżniejsze strony, jednak najwięcej czasu spędzam na tumblrze i zachwycam się praktycznie wszystkim co związane jest ze ślubem, ma odcienie różu i brzoskwini. Co prawda nie mam jeszcze dokładnej wizji jak będzie wyglądał ten dzień, jakie będą kolory czy dekoracje ale coś mi już w głowie powoli świta. Jestem pewna, że pójdziemy w kolory pastelowe. Na chwilę obecną nie mogę napisać nic więcej, jednak poniżej możecie zobaczyć zdjęcia, które w szczególności mi się spodobały i którymi z pewnością będziemy się inspirować wraz z K.
Jestem zakochana w bukietach ślubnych zrobionych z piwonii! Są po prostu przepiękne, jednak jestem świadoma, że to może po prostu się nie udać. Są to kwiaty sezonowe i ich kwitnięcie przypada na czerwiec, a my ślub bierzemy w sierpniu... Może się uda skądś sprowadzić, jednak to zdecydowanie podniesie koszty. Również podobają mi się bukiety z samych róż jak i mieszane. I wydaje mi się, że właśnie na taki mieszany w ostateczności się zdecyduję.
Jestem zakochana we fryzurach, w których żywe kwiaty służą za dekorację, jednak równie bardzo podobają mi się welony! :) I jestem przekonana, że tutaj będę miała problem z wyborem do samego końca! 

I to byłoby na tyle z dzisiejszych inspiracji. Nie chcę aby te wpisy były zbyt długie. Wiem, że nie każdego interesuje temat ślubu i przygotowań do niego. Dziewczyny! Jeżeli jesteście już po ślubach, lub również w trakcie przygotowań podzielcie się swoją cenną wiedzą i wszelkimi inspiracjami! Chłonę wszystko co związane ze ślubem jak gąbka wodę! :)

4 stycznia 2015

21 urodziny i kilka przemyśleń

Nie wstawiałam wcześniej żadnych podsumowań 2014 roku, ani noworocznych postanowień ponieważ postanowiłam połączyć to z krótkim podsumowaniem mojego dotychczasowego życia. Dlaczego właśnie tak? Dziś są moje dwudzieste pierwsze urodziny i uznałam, że połączenie postanowień oraz podsumowanie wraz z urodzinowymi postanowieniami wyjdzie dobrze. Spokojnie, nie będę co roku tak kombinowała, jednak stwierdziłam że dwudzieste pierwsze urodziny mają w sobie coś niezwykłego. Wiem, że w dorosłość wkracza się w momencie ukończenia osiemnastych urodzin, jednak wówczas niewiele się zmienia. Człowiek cały czas siedzi w szkole średniej, gdzie dookoła znajdują się tak naprawdę same dzieciaki (z całym szacunkiem licealiści, ale zrozumiecie to za kilka lat). Nie mam zamiaru się wywyższać bo ukończyłam jakiś tam wiek. Mam jeszcze paru znajomych w szkole średniej i niektórzy z nich są bardziej dojrzali niż znajomi w moim wieku czy starsi, ale generalnie nie ma co się oszukiwać ukończenie osiemnastki nic nie zmienia w życiu, poza kolejnym plastikiem w portfelu. Wracając do meritum posta, kiedy patrzy się spokojnie na swoje życie to w zasadzie z upływem kolejnych urodzin znów nie zmienia się nic szczególnego. Dopiero w pewnym momencie człowiek wracając wspomnieniami wstecz uświadamia sobie jak bardzo zmieniło się jego podejście do wielu spraw.
Jakie zmiany widzę u siebie? Dojrzałam, nieco spoważniałam jednak wciąż zdarzają mi się takie dni, kiedy głupkowaty uśmiech nie schodzi mi z ust i rozśmiesza mnie najmniejsza głupotka, nic nieznaczące słowo czy uśmiech narzeczonego.


Najważniejsze wydarzenia w minionym roku?
  • Chyba nikogo nie zdziwi, kiedy odpowiem, że najważniejsze wydarzenie z poprzedniego roku to oświadczyny mojego K. Myślę, że każda z nas czeka na ten magiczny moment, kiedy ukochany klęknie przed nią i zada te wyjątkowe pytanie.
  • Drugim ważnym wydarzeniem dla mnie była matura. Bardzo się bałam, że nie uda mi się zaliczyć egzaminu z matematyki, na szczęście podołałam! Nawet nie jesteście w stanie wyobrazić sobie mojej miny, kiedy odebrałam świadectwo maturalne. Uśmiech nie znikał mi z ust przez cały dzień.
  • Podjęcie pewnej bardzo ważnej decyzji rzutującej na moją przyszłość, jednak nie chcę o tym pisać jeszcze na blogu. Nim zrobię to publicznie muszę porozmawiać z kilkoma ważnymi dla mnie osobami, nie chcę aby dowiadywały się o takich sprawach przez internet.
    Największe porażki minionego roku?
  • Szczerze? Nawet jeżeli takie były, a na pewno były to ich po prostu nie pamiętam. Nie chcę zaprzątać sobie głowy nieprzyjemnymi wydarzeniami. Szkoda pamięci. Lepiej zachowywać w głowie dobre chwile.

Czy jestem zadowolona z 2014 roku i z wszystkich poprzednich lat?

  • Nie skłamię, jeżeli powiem że miniony rok był w zasadzie udanym rokiem. Jasne wydarzyło się kilka nieciekawych rzeczy, ale tego się po prostu nie da uniknąć. Zawsze są jakieś wzloty i upadki, taka kolej rzeczy. Najważniejsze jest to aby doceniać te pozytywne chwile, a ja naprawdę staram się to robić.
  • Popełniałam w przeszłości sporo błędów. Najwięcej chyba w okresie gimnazjum i końca podstawówki. Teraz, kiedy o tym myślę, żałuję swoich decyzji jednak już nic nie zmienię. Mogę jedynie przeprosić za swoje zachowanie kilka osób i nigdy więcej nie popełniać już takich błędów.
  • Poza tym jestem zadowolona. Otaczają mnie świetni ludzie, kochająca rodzina. Tak naprawdę mam wszystko to co najważniejsze do szczęśliwego życia. Teraz tylko nie mogę nic zepsuć. I jasne mam kilka niespełnionych marzeń, ale teraz już wiem, że nie ma co ich odkładać na później. Czas wziąć sprawy w swoje ręce i walczyć o marzenia! :)
Zawsze co roku wypisuję długą listę noworocznych postanowień, a później najzwyczajniej w świecie o niej zapominam lub po prostu nie daję rady sprostać moim własnym, wygórowanym ambicjom. W tym roku postanowiłam nie narzucać na siebie zbyt dużej presji. Nie chcę zasypywać się zbyt wieloma punktami, których i tak w grudniu nie będę mogła odhaczyć. Dlatego też postanowiłam, że w tym roku stworzę kilka głównych, całorocznych postanowień ale również w ciągu roku będę sobie dodawała kilka nowych. Coś w zasadzie ustalania małych kroczków do osiągnięcia wielkiego celu. Mam również zamiar rozliczać się z moich postanowień publicznie co miesiąc. Ostatniego dnia miesiąca lub pierwszego dnia kolejnego miesiąca (jeżeli nie brzmi to zbyt zrozumiale, oto tutaj wyjaśnienie: podsumowanie stycznia pojawi się 31 stycznia lub pierwszego lutego). Nie chciałabym również aby blog był pełen postów podsumowujących dlatego na pewno pod hasłem "Podsumowanie miesiąca" będzie się kryło coś więcej aniżeli tylko rozliczenie z postanowień. 
  1. Żyć zdrowiej i lepiej. I nie mam tutaj na myśli samej diety i ćwiczeń - ale to także biorę pod uwagę. Chodzi mi również o dobro naszej planety i żywych istot. W tym roku przyszedł czas aby zrobić coś więcej.
  2. Zmienić swoje nastawienie do ludzi. Nie szufladkować, nie oceniać na podstawie jednej rozmowy. Każdy z nas może mieć gorszy dzień, a nikt nie lubi być od razu szufladkowany.
  3. Rozwijać swoje pasje i zainteresowania.
  4. Przeczytać 52 książki w 52 tygodnie #52bookschallengePL
  5. Oszczędzanie wiedzie priorytet w tym roku.
Jeżeli chodzi o konkretne postanowienia na styczeń to są tylko dwa. 
  1. Wyrzucić ze swojego otoczenia 100 rzeczy (i spisać listę owych przedmiotów), które tylko leżą i się kurzą lub czekają na jakiś specjalny dzień, kiedy w końcu pozbędę się tego okropnego uczucia "ale przecież to jest mi tak bardzo potrzebne do życia", jestem przekonana że dobrze wiecie o co mi chodzi i dobrze to znacie ;)
  2. Wypijać dwa litry wody dziennie.
A jak tam postanowienia moich Misi? Zaplanowałyście już co takiego zmienicie w tym roku, czy może całkowicie rezygnujecie z postanowień? Jestem ciekawa, co tam u Was :)

2 stycznia 2015

Nie mam pojęcia jak to wygląda u innych autorów, ale ja zawsze mam problem z nadaniem odpowiedniego tytułu do postu. W końcu to od niego wszystko zależy, czy zainteresuje i przyciągnie czytelników czy raczej wręcz odwrotnie, tylko ich zniechęci. Tak samo mam problemy z rozpoczynaniem notek. Czasami mam wrażenie, że za bardzo się staram i zapominam o pewnej bezpośredniości, przecież nie chcę budować pomiędzy nami żadnego muru. Chciałabym żebyśmy my - obie strony czuły się tutaj przede wszystkim fajnie, na luzie. Bez żadnego sztywniactwa. Abym nie musiała się zastanawiać czy na pewno mogę użyć takiego słowa, czy ktoś się za nie obrazi czy poleci hejt życia. Co oznacza ten mój przedziwny wstęp? A no to, że w tym nowym, cudownym, idealnym roku wrzucam na luz i nie, nie oznacza to, że nagle na blogu pojawi się fala przekleństw, obelg i jakiegoś prostactwa. Cały czas staram się pokazywać prawdziwą siebie, jednak czasami świadomość, że czyta to tyle ludzi powoduje pewnego rodzaju strach i trochę onieśmiela przez co nie zawsze udaje się człowiekowi przekazać to co chciał, nie zawsze udaje się pokazać w stu procentach siebie samego. Jednym z moich postanowień jest właśnie przedstawienie siebie. Z jakimi zmianami to się wiąże dla bloga? A no w zasadzie niewielkimi. Lekkie poszerzenie tematyki, nieograniczanie się tylko i wyłącznie do recenzji kosmetyków. Zresztą wydaje mi się, że powoli da się te zmiany już na blogu zauważyć. Dlaczego tak? Dlatego, że nie chcę prowadzić kilku oddzielnych blogów i na każdym pisać tylko na jeden, konkretny temat. Poza tym nie oszukujmy się. Prowadzenie trzech czy czterech blogów wiązało by się ze zminimalizowaniem ilości notek do minimum. Jestem świadoma, że mogę stracić kilku czytelników bo przecież nie każdy chce czytać o książkach, moim wymarzonym ślubie i jakże ciekawym życiu, ale pamiętajcie że posty stricte kosmetyczne i urodowe cały czas będę się pojawiały. Wiem też, że kilku nowych czytelników mogę w ten sposób zyskać, optymistycznie patrząc moje małe zmiany mogą się skończyć tylko wzrostem czytelników (i wcale nie będę ukrywała, że ta wersja najbardziej by mnie zadowoliła! :D).

Na koniec odsyłam do notki z moimi życzeniami dla Was i dla siebie. I kończę już moje gadanie, wspominając tylko, że mam przeczucie iż nowy rok będzie dla mnie rokiem wielkich zmian. A Wy jak przeczuwacie dla siebie nowy rok?


1 stycznia 2015

Szczęśliwego Nowego Roku misie!


Chciałabym życzyć Wam kochani wszystkiego dobrego w tym Nowym Roku. Dużo szczęścia, radości, wielu powodów do uśmiechu oraz dużo, dużo zdrowia. Abyście pamiętali, że najważniejsze w życiu są te codzienne, drobne chwile. To właśnie one znaczą najwięcej, codzienne drobne przyjemności. Doceniajmy to co mamy, ale nie bójmy się sięgać po więcej. Nie bójmy się odważnych decyzji, nie chowajmy się przed losem. Spełniajmy swoje marzenia, cele! Każdy z nas przeżywa swoje życie, jednak czasami mam wrażenie, że zapominamy o tym i nie robimy dla siebie nic. Ja wchodzę w nowy, 2015 rok z odwagą. Czuję, że ten rok będzie inny, dlaczego? Ponieważ uświadomiłam sobie, że to jest moje życie i muszę je przeżyć tak jak chcę, muszę podejmować decyzję z myślą o sobie, a nie o innych (nie mam tutaj na myśli jakichś buntowniczych wydarzeń z życia, chodzi mi bardziej o decyzje, które będą miały wpływ na dalsze życie typu praca, uczelnia itp.). Życzę Wam i sobie, aby noworoczne postanowienia (i nie tylko noworoczne) się spełniły, abyśmy z dumą odhaczyli całą naszą listę i z radością stwierdzili, że tym razem się udało. Tak więc, szczęśliwego Nowego Roku kochani!
Dodatkowo pisząc tego pierwszego stycznia napomknę tylko, że postanowiłam w tym roku wziąć udział w książkowym wyzwaniu. "52bookschallengePL" jak łatwo można się domyślić polega ono na przeczytaniu 52 książek w 52 tygodnie. Czy mi się uda? Nie mam pojęcia, jednak myślę że warto próbować. Takie wyzwania uczą nas systematyczności i z pewnością motywują. Jeżeli chodzi generalnie o moje noworoczne postanowienia to podzielę się nimi dopiero w niedzielę. 

Buziaki misie!

4 grudnia 2014

Świąteczne dekoracje - inspiracje

W moim pokoju pojawiają się już świąteczne ozdoby! Jestem świadoma tego, że niektórym może się to wydać za wcześnie, jednak ja już dłużej po prostu nie mogłam czekać! Mam kilka dekoracji z zeszłego roku, jednak mam kilka świeżych pomysłów na tegoroczne, świąteczne dekorowanie! W dodatku znalazłam kilka ciekawych propozycji dekoracji DIY! W tym kilka takich, które już robiłam jednak w "odświeżonej" wersji, że też sama nie wpadłam wcześniej na takie urozmaicenie! W poprzednim poście wspominałam o pomarańczy najeżonej goździkami. Dziś  znalazłam zastosowanie takiej pomarańczy w formie świecznika. Moim zdaniem wygląda to genialnie! No i zapewne cudownie pachnie! Mam zamiar wykonać w tym roku kilka takich DIY. Te, które najbardziej mnie zainteresowały zobaczycie dziś w tym poście. Moje efekty końcowe zobaczycie najwcześniej po 12 grudnia, ponieważ wtedy będę miała nieco więcej czasu na takie przedsięwzięcia.
Z racji posiadania przeze mnie białych, prostych świeczek i metalowej tacy pod nie, na pewno będę myślała o jakimś przyozdobieniu ich. Bardzo podobają mi się ostatnio szyszki w dekoracjach, jednak nie jestem pewna czy uda mi się je zdobyć, aczkolwiek jeżeli mi się to uda, to z pewnością wykorzystam je w tegorocznych dekoracjach. Pomarańcza z goździkami to już standard w moim domu.
Z tym cynamonem to jest tak, że ja go uwielbiam ale niestety niekoniecznie mi on służy. Dlatego też bardzo, ale to bardzo lubię go w ramach dekoracji. Mogę wtedy przynajmniej się na niego napatrzeć i nawąchać! Wspominałam już o szyszkach? Jednak tym razem bardziej zainteresowały mnie te materiałowe gwiazdki. Nie jestem zbyt dobra w szyciu jednak tak mi się spodobał, że może namówię mamę aby pokazała mi jak używać maszyny.
Gwiazdeczki mnie po prostu zauroczyły. Chcę w tym roku coś zawiesić w oknie, jednak jeszcze nie mam konkretnego pomysłu co to takiego będzie. Gwiazdki, a może materiałowa bombka? Naprawdę nie wiem! Myślałam też o kolorowych lampkach, jednak po namyśle doszłam do wniosku, że nie mam wystarczająco blisko kontaktu a przedłużacz nie wygląda zbyt ciekawie.
No spójrzcie tylko, znowu szyszki! ;) Jeżeli chodzi o pierniczki to są pieczone jednak zawsze z przeznaczeniem jadalnym. Może w tym roku bardziej posłużą do dekoracji?

Co dokładnie zrobię sama jeszcze nie wiem... Ale mam jeszcze odrobinę czasu, aby coś zaplanować. Wydaje mi się, że ze spokojem obmyślę dekorację idealną. ;)

1 grudnia 2014

Mamy już grudzień! Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo się cieszę. Od dziecka mówiłam, że lubię zimę (bo zimą mam urodziny i są święta i jeszcze mam imieniny a to oznacza dużo prezentów) i nigdy nie będę lubiła tak bardzo lata i wiosny jak właśnie zimy. Jakieś dwa lata temu miałam załamanie i stwierdziłam, że jestem w stanie polubić lato, jednak nie. To po prostu jest niemożliwe. Ja po prostu funkcjonuję dużo lepiej zimą, czuję się lepiej, lepiej mi się oddycha, lepiej mi się żyje. Jestem zimowym człowiekiem i koniec kropka, ale zimna nie lubię. Z racji mojego zimowo-świątecznego entuzjazmu postanowiłam w grudniu dodawać więcej postów na blogu o najróżniejszej tematyce jednak szczególnie skupiając się na mojej miłości do zimy i świąt. Tak więc dziś pierwszy taki post! Poniżej przedstawiam wam 7 powodów, dzięki którym lubię grudzień.
1. Bo są święta.
A ja święta kocham. Po prostu je uwielbiam. I wcale nie chodzi o prezenty. Uwielbiam rodzinną atmosferę, zapach świeżej choinki i pieczonych pierniczków. Suszone pomarańcza i cytrynę, mnóstwo mandarynek i świąteczną mieszankę herbacianą. Kolorowe światełka, kartonowe śnieżki, czerwone mikołajki i pomarańcza najeżone goździkami. Do tego kolędy i świąteczne piosenki. Rogi renifera na głowie i te niesamowite ciepło, które wytwarza się podczas wigilijnej kolacji.

2. Bo to nie listopad.
To się może wydać dość dziwne, ale ja nie lubię listopada. Wiem, że to może się wydać dość dziecinne ale przez święto zmarłych cały ten miesiąc wydaje mi się strasznie ponury i jakiś taki nieciekawy. Z reguły w dodatku bardzo deszczowy (chociaż w tym roku się udało i deszczu było bardzo mało!).

3. Bo sylwester!
31 grudnia zwiastuje co prawda zakończenie miesiąca, wstąpienie w nowy rok. I chociaż wszystkie te postanowienia zazwyczaj znikają z naszego życia już w lutym, Ci dzielni wytrwają do maja to ja i tak to lubię. Całą tą zadumę nad życiem i zmienianiem go. I chociaż cały czas powinniśmy myśleć o tym jak chcemy aby wyglądało nasze życie, w tym czasie ma to swój niesamowity klimat, który naprawdę lubię.

4. Bo jest radosny.
I nikt mi nie powie, że tak nie jest. On jest radosny i tyle. Koniec kropka. Nie zmienię zdania ;) Kolorowe ozdoby, piękne, sklepowe wystawy... Niektórzy narzekają, że za szybko, że komercja (nie przeczę) ale to wywołuje uśmiech na ustach. Przynajmniej moich i mi to pasuje.

5. Bo w kuchni dzieje się dużo.
Jasne ma to związek ze świętami, jednak nie tylko. W grudniu po prostu gotuje się inaczej, używa się częściej cynamonu i goździków, kardamonu i imbiry, kakao i gałki muszkatołowej. Do tego są pomarańcza i cytryny. A zupa krem z marchewki pojawia się znacznie częściej niż latem!

6. Bo pięknie pachnie!
To się wiąże trochę z punktem poprzednim, ale do tego dochodzą jeszcze zapachowe świeczki z nutą wanilii, jabłka z cynamonem czy woski YC o zapachu świąt Bożego Narodzenia. W dodatku ten piękny zapach dochodzący z kuchni... Mmmm.

7. Bo są grube swetry, czapki, szaliki i rękawiczki.
Ok, nie lubię zimna. Pisałam o tym już we wstępie, ale lubię wszelkie zimowe akcesoria, które mają na celu ogrzanie nas. Czyli szaliki, swetry, czapki, kominy i rękawiczki. Grube leginsy. I najlepiej jak wszystko ma na sobie jakiś świąteczny/zimowy wzór. 

Wy lubicie grudzień? Jak tak to za co? Co Wam się w nim najbardziej podoba?

27 listopada 2014

O trzech serialach, słów kilka (2)

Nawet nie jesteście w stanie wyobrazić sobie, jak bardzo się cieszę że zaliczenia związane z zakończeniem pierwszej połowy semestru są już za mną. Niektóre wyniki już się pojawiły i odetchnęłam z ulgą. Co prawda na niektóre trzeba jeszcze poczekać, ale to nic. W końcu mam nieco więcej czasu dla siebie, a nie tylko dla nauki. :)

Desperate Housewives
Myślę, że tego serialu nikomu nie trzeba przedstawiać. Jest to najlepszy serial jaki oglądałam i którego emisja została już zakończona. Co prawda zakończenie mnie nie zachwyciło, jednak serial jako całość bardzo, ale to bardzo mi się podobał! Jeżeli ktoś jeszcze nie oglądał (chociaż przyznam szczerze, że ciężko będzie mi w to uwierzyć) Gotowych na wszystko, zdecydowanie musi obejrzeć chociaż kilka pierwszych odcinków - jestem przekonana, że się wciągnie. Serial opowiada o przygodach czwórki przyjaciółek z przedmieścia. Wszystko się zaczyna gdy piąta kobieta popełnia samobójstwo, wówczas na jaw wychodzą różne Każda z nich ma zupełnie inne wartości co tylko wzbogaca serial i urozmaica relacje pomiędzy kobietami.

Devious Maids
Gdy zakończono emitowanie gotowych na wszystko, przez jakiś czas nie mogłam znaleźć serialu, który godnie zastąpiłby wcześniej wspomniane gotowe. Devious maids zastąpiło mi gotowe, jednak serial jest nieco inny. Również pojawiają się sekrety, intrygi jednak jest nagrany całkowicie inaczej - takie odnoszę wrażenie. Sezony mają po 13 odcinków, więc łatwo będzie wszystkim nadrobić zaległości, nowy, trzeci sezon pojawi się dopiero na wiosnę 2015 roku tak więc ze spokojem zdążycie nadrobić poprzednie dwa sezony! :) Jeżeli chodzi o samą fabułę to ciężko jest cokolwiek napisać tak, aby nie zepsuć oglądania. W skrócie: serial opowiada o losach latynoskich pokojówek w Beverly Hills.
Revenge
Szczerze mówiąc gdy ogląda się ten serial człowiek zastanawia się kto wymyśla takie pokręcone i mało prawdopodobne historie, jednak wciąga, oj zdecydowanie wciąga! Ojciec Amandy Clark zostaje skazany i zamordowany w więzieniu, a jego córka postanawia zemścić się na ludziach odpowiedzialnych za śmierć Davida Clarka. Oczywiście jak to w serialach bywa, pojawiają się komplikacje, przeszkody i wiele, wiele intryg! Powiem Wam tylko, że najnowszy (4) sezon jest jak dla mnie najlepszy jak do tej pory.

Oglądacie, któryś z tych seriali? Jakie seriale oglądacie Wy? Jestem bardzo ciekawa i z chęcią poznam coś nowego! Tym bardziej, że zbliża się przerwa świąteczna! ;)

24 listopada 2014

Moje problemy z niedoskonałościami chyba nigdy nie miną, a ja wciąż będę z nimi toczyła walkę... Chociaż muszę przyznać, że i tak jest już dużo lepiej niż było pół roku temu. Chciałabym powiedzieć, że tytułowy pisak mi w tym pomógł, jednak niestety...
Nivea bye bye spot! SOS stick jest preparatem, który nie robi nic, kompletnie nic. Ani po jego użyciu nie znikają zaczerwienienia, ani nie wysusza wyprysków... I nie mówię tutaj o jakichś wielkich, ropnych zmianach. Ja naprawdę chciałabym napisać coś pozytywnego, znaleźć chociaż jedną, małą zaletę ale po prostu się nie da. Nie dość, że śmierdzi mocno spirytusem, to w dodatku gąbeczka szybko sztywnieje i jedynie podrażnia zmiany w momencie, kiedy chcemy użyć kosmetyku. Dodatkowo po wyschnięciu gąbeczka z łatwością się łamie co w następstwie utrudnia użycie "pisaka"... No i jeszcze ta cena. Jak dla mnie 20 złotych za coś co kompletnie nie działa to dużo za dużo. Gdyby było widać jakieś efekty to byłaby to całkiem przyjemna cena, jednak w tym przypadku, no cóż. Wiecie co jest najgorsze? To koniec tej recenzji. Ten produkt wypadł u mnie tak beznadziejnie, że nie ma co więcej pisać na jego temat... Zdecydowanie nie polecam. Jeżeli szukacie czegoś skutecznego na niedoskonałości to zdecydowanie odsyłam Was do tego postu, klik. 

14 listopada 2014

O trzech serialach, słów kilka (1)

Moje długie, jesienne wieczory spędzam głównie na piciu herbaty i nauce do zbliżających się zaliczeń, nie wspominając już o czytaniu literatury na bieżące zajęcia. Takie uroki studiowania. Nie wspominając już o główkowaniu nad ćwiczeniami na zajęcia z wychowania fizycznego. Codziennie mam coś do roboty i w zasadzie, w tygodniu z dnia na dzień co raz więcej. Na szczęście przychodzi czwartkowy wieczór, a ja w końcu mam możliwość wygospodarowania sobie chociaż odrobinki czasu tylko i wyłącznie dla mnie. Co takiego wtedy robię? Najczęściej sięgam po laptopa i albo spędzam czas na graniu w simsy lub... Włączam sobie ulubiony serial. 

Once upon a time 
Wyobrażacie sobie przygody baśniowych postaci w realnym świecie? Ja początkowo nie mogłam się do tego przekonać i gdy usłyszałam o serialu opowiadającym o przygodach królewny śnieżki i księcia, czerwonego kapturka i jej babci czy o pięknej i bestii po prostu nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić. Doskonale znałam te bajki i po prostu nie widziałam sensu w takim serialu. Muszę przyznać, że dwa - trzy pierwsze odcinki oglądałam na siłę, zmuszałam się do tego jednak akcja zdecydowanie się rozkręca, a obecnie serial jest jednym z moich ulubionych.

Grey's Anatomy
Jedyny serial "lekarski", który po prostu uwielbiam i mogłabym oglądać go na okrągło bez względu na to czy odcinki znam już na pamięć. Bardzo lubię bohaterów występujących w serialu i nie przeszkadza mi fakt, że z upływem sezonów aktorzy się zmieniają. Powiem inaczej - pasują mi te zmiany. Nowi aktorzy są dobrze dobierani dzięki czemu serial tylko zyskuje! Jest to jedyny serial, który ma aż 11 sezonów, a ja wciąż z zapałem oczekuję kolejnych odcinków! :)

Bones
Serial opowiada o pani antropolog, która współpracuje z FBI pomagając przy identyfikacji zwłok oraz rozwiązywaniu zagadki śmierci. Niektóre odcinki potrafią trzymać w napięciu inne nieco mniej, jednak moim zdaniem serial wciąż da się oglądać, pomimo trwania dziesiątego sezonu ja wciąż śledzę przygody bohaterów. Szczerze mówiąc ciężko jest mi opisać ten serial, chociaż sama nie wiem dlaczego. :)

Jakie seriale oglądacie podczas trwania długich, jesiennych wieczorów? :)

4 listopada 2014

Kiedy? 26 sierpnia!

Szczerze mówiąc ostatnio każdą moją wolną chwilę spędzam przy książkach. Studiów zdecydowanie nie się porównać ze szkołą średnią. Nie mam pojęcia skąd się biorą wszystkie te historie na temat imprezowego życia studentów! Ja ciągle jestem zawalona nauką, tekstami na zajęcia... Nie wspominając już o tym, że już za dwa tygodnie mam pierwsze zaliczenia! Tak więc tonę w książkach i notatkach, ale przecież trzeba się w końcu wziąć w garść, zrobić krótką przerwę od nauki i zabrać się za bloga. Dzisiaj o czym? O ślubie, a konkretnie o dacie ślubu.

Przeglądałam kilkanaście jak nie kilkadziesiąt stron internetowych poświęconych ślubnej tematyce. Wszystkie blogi, fora, portale... Raj albo piekło dla wszystkich przyszłych panien młodych! Jeżeli mam być szczera to z przykrością muszę powiedzieć, że większość z nich w ogóle się nie przydaje. Najgorzej (to co osobiście zaobserwowałam na forach) jest kiedy człowiek robi coś według swojego zamysłu, a nie trzyma się odgórnie przyjętych schematów. My z K. zaczęliśmy nasze przygotowania od ustalenia daty ślubu. Od początku wiedzieliśmy, że miesiącem w którym weźmiemy ślub będzie sierpień. Dlaczego? Po prostu oboje zgodnie wypowiedzieliśmy sierpień jako miesiąc w którym chcielibyśmy zawrzeć związek małżeński. Wybór konkretnej daty nie był dla nas trudny, uzgodniliśmy że będzie to 26 sierpień 2016 roku. Przeraża mnie, że muszę czekać jeszcze prawie dwa lata jednak widzę jak ten czas szybko ucieka. Jednak wracając do tematu daty ślubu. 26 sierpień to dokładnie dzień przed naszą półroczną datą. W 2016 będziemy mieli 6,5 roku razem tak więc data ta jest wg. nas po prostu idealna dla naszej dwójki. Jeżeli chodzi o rezerwację daty to mamy ją już zaklepaną w kościele i na chwilę obecną to tyle. Ciężko jest obecnie rezerwować cokolwiek więcej ponieważ większość restauracji, fotografów i muzyków nie mają jeszcze ustalonego cennika na 2016 rok i zapraszają dopiero po nowym roku. I wtedy właśnie zaczniemy dalszą część przygotowań! I właśnie wtedy możecie się spodziewać więcej postów na temat ślubu i wesela. W międzyczasie na pewno będą się pojawiać krótkie posty z inspiracjami, w końcu przed rozpoczęciem konkretnych przygotowań, trzeba mieć chociaż jakiś minimalny zarys tego swojego, jedynego, najpiękniejszego dnia w życiu! :) 

26 października 2014

Nawilżające kremy do twarzy*

Krem do twarzy należy do tej grupy kosmetyków, bez której nie wyobrażam sobie mojej codziennej rutyny. Wiem jak zachowuje się moja cera i zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym po umyciu twarzy nie nałożyła na nią kremu nie musiałabym jakoś specjalnie długo oczekiwać na tego skutki, czyli zaczerwienienia czy popękana z suchości skóra. Dlatego też nigdy nie zapominam o kremie rano ani wieczorem. Znalezienie idealnego kremu to nie lada wyzwanie, internetowy sklep SkarbySyberii.pl zdecydował się pomóc mi w tych poszukiwaniach. Dostałam do przetestowania trzy kremy firmy Bioluxe. Co takiego wpadło w moje ręce? Krem na noc z organicznym ekstraktem awokado, krem na dzień z organicznym ekstraktem zielonej herbaty i nawilżający krem do twarzy z organicznym ekstraktem aloesu.
Zacznę od konsystencji bo jest to jedyna rzecz, która w każdym z tych kremów jest po prostu identyczna. Nie za gęsta, nie za rzadka. Kiedy któryś z kremów wyciśnie się na dłoń nie musimy się obawiać, że krem nam spłynie, jednak kiedy przeniesiemy dłoń z poziomu w pion krem powolnie zacznie spływać w dół. Ciężko jest mi dokładnie opisać tę konsystencję tym bardziej, że tak naprawdę każdy krem ma ją inną i ciężko jest tu tą konkretną do czegoś porównać. Jednak jest jak najbardziej w porządku. Wystarczy ilość mniej więcej wielkości ziarnka grochu aby pokryć dokładnie całą twarz i szyję, dzięki czemu kremiki starczają na dość długo biorąc pod uwagę ich pojemność (40 ml). Zapach w każdym kremie jest inny, jednak szczerze powiedziawszy w każdym można wyczuć odrobinę chemii. Najbardziej w tym na noc z awokado - pachnie dokładnie tak jak mydło dove. Ten z aloesem również pachnie jak mydełko, jednak zdecydowanie lżej. Z przedstawianej trójki najładniej i najmniej chemicznie pachnie ten z ekstraktem zielonej herbaty.
Działanie kremów jest jednolite. Ciężko jest wyróżnić jeden i powiedzieć, że jest najlepszy. Wszystkie bardzo dobrze nawilżają skórę, pod tym względem się na żadnym z nich nie zawiodłam. Wchłanianie jest średnie. Co prawda nie trwa wieki, jednak moim zdaniem mogłoby to trwać krócej.
Jaka jest moja opinia? Kremy moim zdaniem są warte wypróbowania, tym bardziej że ich cena to zaledwie 4,90 zł za sztukę tak więc czemu by nie wypróbować? Jednak muszę przyznać, że raczej nie sięgnę po nie ponownie. Dlaczego? Moim zdaniem są to świetne kremy dla skóry, która nie jest wymagająca, a jej jedynym problemem jest suchość. 



* post sponsorowany. Fakt, że dostałam kosmetyk za darmo nie wpłynął na moją ocenę.

21 września 2014

Jesienna wishlista

Wiem, jestem świadoma tego, że ostatnio jest mnie tutaj co raz mniej jednak kilka poprzednich dni spędziłam na graniu w the sims 4, nadrabianiu zaległości w oglądaniu pamiętników wampirów no i przede wszystkim - cieszę się ostatnimi dniami wolności. W końcu niedługo październik, a przede mną same nowości. W związku z tym, że na uczelnie będę dojeżdżać zdecydowanie dalej niż do szkoły średniej muszę zakupić kilka rzeczy, o których myślę (o niektórych nawet marzę) już od jakiegoś czasu i teraz przyszedł w końcu na nie czas. Prezentuję Wam moją jesienną wishlistę - jest to moja pierwsza taka lista i starałam się z całych sił, aby wizualnie wyglądało to dobrze. Wydaje mi się, że jest OK. Tak więc bez zbędnego gadania przejdźmy do sedna.
1. Kalosze Hunter - myślę o nich już od dobrego półtora roku i w końcu przyszedł czas, aby je zakupić. Przeglądałam internet w poszukiwaniu różnych modeli i kolorów, myślałam o czerwonych i szarych, jednak po dłuższym namyślę stwierdziłam, że glossy black będzie najlepszą wersją. Jestem świadoma tego, że wraz z nadejściem jesieni wcale nie musimy ubierać się w ciemne kolory jednak ja w takowych bardzo dobrze się czuję. Poza tym czarne kalosze będą mi pasować do wszystkiego. Co prawda nie zostały zakupione huntery, ale kalosze są. Czarne, z klamrą.
2. O oryginalnych litach marzę od gimnazjum! Niestety te marzenie będzie musiało jeszcze trochę poczekać. W tym roku zdecyduję się na imitację lit. Po zakupie kaloszy moja kieszeń znacznie się wyszczupli i po prostu nie będę w stanie zakupić oryginału. Miałam już niby lity z sequin.pl (koszt 129,9zł) jednak nie wiem czy tym razem również zakupię u nich. Z tego co widziałam na stronie mają całe czarne, wolałabym jednak gdyby obcas był w kolorze drewna. :)
3. Czarne, materiałowe spodnie to zdecydowanie coś, czego brakuje mi w szafie, mam same jeansy i jedne wzorzyste legginsy. Te pochodzą z h&m i kosztują 79,70zł tak więc myślę, że już wkrótce będą moje. Nawet sobie nie wyobrażacie jak się ucieszyłam z tego zakupu, jeszcze trafiłam na promocję -40% tak więc za cenę spodni, kupiłam sweter i spodnie :)
4. Sweter. Porządny, wełniany sweter to po prostu rzecz konieczna. Najlepiej taki, aby móc nosić go do obcisłych spodni jak i legginsów, aby był nieco dłuższy niżeli jedynie do pasa. Jak wyżej :)
5. Maskara Chanel inimitable waterproof. Miałam ją już jakiś czas temu, niestety zagubiła się na jednej z urodzinowych imprez znajomych. Było mi tak okropnie żal, ponieważ jest to jedna z maskar, która naprawdę bardzo dobrze radzi sobie z moimi rzęsami. Nie należy do najtańszych, myślę jednak, że czasem warto zainwestować w nieco droższe rzeczy.
6. Mały, składany parasol. Takiej wielkości, aby mieścił się do torebki. Kolejny zakup związany z dojazdami do uczelni. Niekoniecznie różowy, bardziej myślę o beżowym lub białym.
7. Ciepłe bambosze! Wspominałam Wam kiedyś, że jestem zmarzlakiem? Nie? No to mówię teraz. Nie wyobrażam sobie jesieni i zimy bez ciepłych skarpet, bamboszy i grubego koca. Do tego koniecznie gorąca czekolada lub herbata, dobra książka lub serial i jestem w niebie. ;) Te pochodzą z h&m i kosztuję 59,9zł.
8. Skarpetki. Szczególnie spodobały mi się te grube (29,9zł) i długie, kolorowe (39,9zł) te klasyczne (29,9zł za pięciopak) również są mi potrzebne. Robiłam ostatnio porządki w szufladzie z bielizną i stwierdziłam, że nie mam żadnych dłuższych skarpetek niż do kostki. Wszystkie skarpety pochodzą z h&m.
9. Biały laptop. Niestety poszukiwania trwają a w sklepach co raz rzadziej widać całe białe laptopy. Jak już uda mi się taki znaleźć to jego koszt zdecydowanie przekracza mój budżet. Cóż, w ostateczności zadowolę się czarnym, byleby miał odpowiednie parametry. :) Niestety nie padło na białego, ale nowy sprzęt się pojawił, a ja teraz muszę się tylko przestawić ze stacjonarnego na laptopa.
10. Bomb cosmetics, co by nie było, że o kosmetykach nie myślę. Tę miodową maskę do włosów chciałam kupić już wiosną, jednak musiałam zużyć moje zapasy. Te na szczęście się kończą, a ja mogę zakupić nowości.
11. The Body Shop odżywka bananowa. Tak wiele dobrego o niej naczytałam, że w końcu muszę ją wypróbować na swoich włosach.
12. Organique maska do włosów anti-age, również sporo o niej czytałam i tak jak w przypadku odżywki z tbs, również tę maskę muszę wypróbować na swoich włosach.
13. Termoloki może nie są rzeczą bez której nie przeżyję, jednak moje włosy ostatnimi czasy jeżeli chodzi o stylizację to bardzo, ale to bardzo, bardzo się buntują i jeżeli nie zwiąże ich w warkocz lub koczek w ogóle nie wyglądają.
14. Balsam do ust eos. Jesień i zima to zdecydowanie najgorsze pory roku jeżeli chodzi o moje usta, odkąd mam założony aparat na zębach są bardziej podatne na spierzchnięcie i drobne ranki. O tych balsamach również naczytałam się w internecie i jestem ciekawa jak się sprawdzą u mnie. Najbardziej kusi mnie wersja miodowa, jednak nie jestem jeszcze pewna jaką zakupię.
15. Pędzle hakuro. Szczególnie zależy mi na H50 lub H51 i H61. To będą moje pierwsze pędzle dlatego wybrałam na pierwszy ogień te klasyczne, do podkładu i korektora.
16. Korektor MAC. Miałam już różne korektory i mało który pasował do mojego odcienia cery. Jestem blada i jeżeli chodzi o kosmetyki do makijażu to niestety często mam problem z doborem odpowiedniego odcienia.
17. Świeca Ynakee Candle Soft Blanket. Mam wosk o tym zapachu i jestem w nim po prostu zakochana. Teraz zamarzyła mi się właśnie ta świeca. Zobaczymy co z tego wyjdzie. :)


A co takiego szczególnego chcecie Wy kupić tej jesieni? Jestem ciekawa waszych wishlist! :)

23 sierpnia 2014

Pierwsze ślubne postanowienia

Wybaczcie mi tę długą przerwę, nie będę się tłumaczyła dlaczego mnie nie było bo to po prostu bez znaczenia. Nie ukrywam, że trochę się u mnie działo przez czas mojej nieobecności. Jak wiecie w czerwcu zostałam panią narzeczoną, wraz z K. ustaliliśmy już datę ślubu - nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo jestem z tego powodu szczęśliwa! Już nie mogę się doczekać tego wielkiego dnia. Powiem szczerze, że chwilowo nic innego nie chodzi mi po głowie jak przeglądanie stron internetowych restauracji, hoteli, fotografów czy muzyków. Niektórzy mówią, że mamy jeszcze sporo czasu, jednak nie chciałabym aby później okazało się, że zabraliśmy się do niektórych spraw za późno i świetna sala czy naprawdę dobry fotograf przejdą nam koło nosa. Sprawy, które chciałabym załatwić najpóźniej do końca września to wstępna rezerwacja sali, rozmowa z księdzem na temat terminu i również wstępna rezerwacja tego dnia. Do tego fotograf i muzycy (nie wiemy jeszcze czy będzie to orkiestra czy dj). Całą resztę zostawiamy na później, w końcu mamy jeszcze trochę czasu.
Jak możecie się spodziewać, na blogu będą się pojawiać posty na temat ślubu i wesela. Jest to dla mnie (i dla wszystkich przyszłych panien młodych) bardzo ważne i po prostu chcę się z Wami dzielić moją radością. Powstanie oddzielna kategoria poświęcona tej tematyce i oczywiście kto będzie zainteresowany tematem z łatwością znajdzie owe wpisy. Oczywiście blog nie zamieni całkowicie swojej tematyki na ślubną, jednak myślę, że pewne wydarzenia w życiu powodują, że w nas samych zachodzą pewne zmiany. Myślę, iż śmiało mogę powiedzieć, że blog się zmieni. Zdecydowanie będzie bardziej lifestylowy, niżeli wyłącznie urodowy. Próbowałam pogodzić prowadzenie dwóch blogów, jednak zwyczajnie nie mam na to wystarczającej ilości czasu. Myślę, że wszyscy się zgodzimy, iż lepiej prowadzić jeden blog, ale dokładniej.

PS. Cieszcie się razem ze mną, bo jeszcze nigdy w swoim życiu nie byłam tak bardzo szczęśliwa jak teraz! :)

23 czerwca 2014

RED KISS AND POPPY LOVE | AVON

Stwierdzam, że ostatnio wisi nade mną jakieś fatum - robi wszystko, aby trzymać mnie z daleka od komputera! Już wszystko miało być na jak najlepszej drodze do mojego blogowego powrotu, kiedy to nagle moja klawiatura została zalana wodą z cytryną i miętą. Łudziłam się, że wyschnie i klawiatura będzie działać - niestety, przyszedł czas na nową.

Też zdarza Wam się kupić jakiś kosmetyk tylko i wyłącznie pod wpływem chwili? Wmawiałyście sobie, że gdy tylko go zakupicie to będzie go używać? Bo właśnie konkretnie tego Wam brakowało? Ja tak sobie wmówiłam z dwoma pomadkami i do tej pory używam ich, wtedy kiedy... No właśnie, kiedy ja miałam którąś z nich ostatni raz na ustach? Nie licząc nałożenia na usta, zaraz po zakupieniu aby sprawdzić kolor, to może z dwa razy... Każdą z nich miałam na ustach dwa razy i myślę, że trzeciego już nie będzie. Dlaczego?
Odpowiedź jest bardzo prosta. Wybrałam zbyt intensywne i mocne kolory. Po ich nałożeniu dopiero się przekonałam, że po prostu nie czuję się w tak mocnych kolorach. Mam wówczas wrażenie, że wszyscy na ulicy się na mnie patrzą i to nie dlatego, że wyglądam tak dobrze. Wręcz odwrotnie. Czuję się w nich wymalowana jak klaun!

Jeżeli chodzi o ich trwałość to myślę, że jest w porządku. Wytrzymują na ustach około 3-4 godziny i ścierają się bardzo równomiernie, dzięki czemu nie pozostawiają na ustach żadnych plam czy obramowania. Są miękkie i kremowe. Nie podkreślają suchych skórek, jednak ani nie nawilżają, ani nie wysuszają, a przynajmniej ja tego nie zauważyłam. Jeżeli chodzi o krycie to tutaj spisują się naprawdę świetnie, nie trzeba się wiele starać, aby uzyskać na ustach intensywny i mocny kolor. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć jak prezentują się pomadki po jednym przeciągnięciu, bez poprawek.
Po namyśle i wypróbowaniu powyższych pomadek stwierdzam, że zdecydowanie lepiej czuję się w delikatnych różach, brzoskwiniach. Czerwienie zdecydowanie nie są dla mnie, a w szczególności te intensywne! A Wy jakie lubicie kolory na swoich ustach? Polecacie jakieś pomadki w szczególności?

Niestety nie pamiętam dokładnych cen. Jednak wydaje mi się, że jest to okolica 20zł.